poniedziałek, 14 grudnia 2015

Mads - część 8

Wiem, że długo czekaliście na tę część, ale nawał obowiązków i totalny brak natchnienia nie pozwalały mi jej napisać.
Ta część jest krótka, jednak mam nadzieję, że w pewnym stopniu wynagrodzę Wam to tym, że kolejna będzie w okolicach Świąt, więc stosunkowo niedługo ;)

Rozdział dedykuję Hachi, która zmotywowała mnie do pisania :*

Zapraszam do czytania i komentowania :)
LaGata




Tygodnie mijały, a ja byłam szczęśliwa, od lat naprawdę szczęśliwa. Wreszcie coś mi się w życiu układało. Chodziłam z Madsem na spacery, pokazywałam kolejne zabytki i spędzałam upojne noce przepełnione namiętnością i miłością. Jednak jak to mówią, wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. Po miesiącu zdjęcia do Hannibala dobiegły końca i Mads musiał wyjechać z Włoch na dalsze nagrania. Ostatni tydzień, jaki razem spędziliśmy, był dla mnie wyjątkowy, jednak wizja szybkiego rozstania ciążyła na mnie i trudno było mi się zdobyć na szczery uśmiech. Nawet fakt, że Mads podjął decyzję o rozwodzie, nie dał mi na nic nadziei. W końcu nie mam żadnej pewności, że nasza znajomość to dla niego coś więcej niż przelotni romans. Poza tym... wiem, że ich proces nieco potrwa, a kto wie, może jeszcze się zejdą i będą szczęśliwym małżeństwem?
Gdy w końcu nadszedł nasz ostatni dzień razem, nie potrafiłam wypuścić go z objęć, ale musiałam.
Nie chciałam się z nim żegnać, nie dałabym rady. Poprosiłam, aby nie przychodził dzień przed wylotem, tak jak chciał.

I teraz siedzę sama w pustym mieszkaniu z lampką czerwonego wina. Oglądam Kochanka królowej i co chwilę zatrzymuję film, aby móc dłużej wpatrywać się w jego twarz.
Gdy zamykam oczy niemal czuję jego silne dłonie na moim ciele, jego usta obsypujące pocałunkami moją szyję. Wzdycham cicho na te wspomnienia, a niechciane łzy spływają po moich policzkach. Zaciągam się jego zapachem, który pozostawił na moim ubraniu. Wiem, że źle robię, że sama siebie dobijam, ale nie potrafię tak po prostu o nim zapomnieć. Pomimo krótkiej znajomości, zaczął znaczyć dla mnie zbyt wiele, by tak po prostu wymazać go z mojego życia.
Ze wspomnień wyrywa mnie dzwonek do drzwi. Wycieram łzy z policzków i idę otworzyć.
- Dobry wieczór. Pani Anastasia?
- Tak… - odpowiadam, patrząc na mężczyznę z ogromnym bukietem róż. – To dla mnie?
- Tak. Proszę tu podpisać.
Odruchowo składam podpis we wskazanym miejscu i biorę bukiet.
- Dobranoc – żegnam się z mężczyzną i zamykam drzwi.
Nalewam wody do flakonu i wstawiam kwiaty. Dopiero teraz dostrzegam małą karteczkę pośród róż.
Wyciągam biały blankiecik, pragnąc dowiedzieć się, kto przysłał mi te wspaniałe kwiaty, mimo że podświadomie dobrze to wiem.
Nie zapomnij o mnie. Ja o Tobie nie zapomnę. Jesteś wyjątkowa, Ano. M.
To od niego. W moich oczach na powrót wzbierają łzy, a serce bije szybciej. Przyciskam karteczkę do piersi, jakby była moim największym skarbem.
- Kocham cię – szepczę w przestrzeń pustego salonu.
Tak naprawdę uświadamiam to sobie dopiero teraz. Dopiero gdy wypowiedziałam to na głos, dociera do mnie to, co czułam będąc z nim.
Po chwili dochodzi do mnie jednak coś jeszcze.
Straciłam go. On wyjechał, a ja zostałam tutaj. Sama, beznadziejnie zakochana w mężczyźnie, który nigdy nie był mój. Nawet wtedy, gdy siedział ze mną w tym salonie, na tej kanapie, tuląc mnie w ramionach, nie był mój. Nie był i nie będzie.
Wzdycham po raz kolejny i po raz kolejny zaciągam się jego zapachem.
Od początku wiedziałam, że to się tak skończy, jednak nie byłam do końca świadoma, że rozstanie z nim będzie aż tak bolało. A może wiedziałam, ale nie dopuszczałam do siebie tej myśli?
Mimo to nie żałuję.
Zaznałam czegoś, o czym zawsze jedynie marzyłam. Nie wiem, czy on poczuł do mnie to, co ja do niego i pewnie nigdy się tego nie dowiem, ale nawet jeśli nie…
Mads dał mi kilka wspaniałych tygodni w swoim towarzystwie i to mi wystarczy.
Musi mi wystarczyć.

Kilka tygodni później...
Siedząc w samolocie zaczynam wspominać czas spędzony z Madsem. Jednak po raz pierwszy od rozstania, myśląc o nim, nie płaczę, a uśmiecham się szeroko. Po długim czasie zadręczania się, wypominania sobie głupoty i godzenia się z losem, udało mi się wziąć w garść, a ta podróż to już ostatni etap do celu. Do tego, żeby wreszcie pójść dalej.

2 komentarze:

  1. Cierpię, wiesz?
    Bardzo cierpię.
    Wiem, że może kontynuowanie tego w sposób wielkiej miłości, wyglądałoby jak tasiemiec... ale ja bym to łyknęła, po prostu, bo tak.

    Pisz nam więcej.

    ~Sylwia A. wierna fanka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też bym to łyknęła... I tak świetnie!

      Usuń